L00011 Roman Chwastyk

Encyklopedia Solidarności

Relacja Romana Chwastyka

19 VII 2007

Strajk na KWK Borynia rozpoczął się 19 VIII na międzyzmianie, 4 zmianie koło wpół do pierwszej w nocy. Większość ludzi zgromadziła się na cechowni. Pojawiły się jakieś straże w mundurach, dyrektor latał na dół i nawoływał do niegromadzenia się. Gdyby nie nadgorliwość dyrektora, może by do tego strajku nawet nie doszło. Dyrektorem wtedy był pan Myrczek. I tak od słowa do słowa i kilka pytań dyrektorowi zadał już nieżyjący Teofil Lemanowski. On był trochę wypity i dyrektor zagroził mu, że go za to zwolni, no i ludzie skoczyli w obronie Teofila i ktoś rzucił hasło: Nie jedziemy na dół. Wcześniej już bywały nastroje strajkowe, ale jakoś nie było „wodza”, który by to pociągnął. Ja też się do nich nie zaliczałem, bo ani nie działałem w 1980 roku, ani nie byłem w podziemiu. Miałem jedynie doświadczenie, bo zawsze pracowałem na 1 zmianę. Rano 20 VIII przyszedłem do pracy, patrzę strajk jest, przebrałem się, poszedłem pod cechownię i pytam się, gdzie tu jest jakiś komitet strajkowy. Widzę 7.00 się zbliża, nic się nie dzieje, totalny bałagan. Postanowiłem wziąć to w swoje ręce. Ludzie stali ale nie byli zorganizowani.

Zwołałem ludzi na cechownię, wyszedłem na balkon i mówię: Panowie trzeba wybrać komitet strajkowy. Każdy oddział miał ok. pół godziny – dokładnie nie pamiętam czasu – na wybranie swojego przedstawiciela do komitetu strajkowego. Po pół godzinie spotkaliśmy się w salce na oddziale przygotowawczym. Niektóre oddziały wydelegowały jednego człowieka inne więcej a niektóre nikogo. No i tam zaczęliśmy formować Komitet Strajkowy. Skoro ja się tak wyrwałem no to zaczęli mnie wskazywać – No Ty, Ty bądź tym przewodniczącym Komitetu Strajkowego no i tak zostało. Napisaliśmy postulaty i od tamtej pory jakoś to było zorganizowane. Każdy pełnił straże, każdy za coś odpowiadał, obstawiliśmy bramy. Do NKS-u delegowaliśmy Leszka Wdowiaka. Potem przeprowadzano go na „Zofiówkę”, dokładnie szczegółów już nie pamiętam jak on się tam dostał. No i zbieraliśmy te postulaty. Główny postulat - ponowna legalizacja Solidarności i kilka drobniejszych spraw, takie zakładowe wewnętrzne sprawy. W komitecie było 50 osób. Nie dało się rozmawiać z tak szerokim gremium. Ja byłem przewodniczącym ale nie było vice przewodniczącego – był Sarna, Maniecki, Dobrzański no i grupowo podejmowaliśmy decyzje. Nie było tak, że to ja sam jakieś rozmowy prowadziłem chociaż była taka propozycja ale nie miałem zgody Komitetu żeby sam iść do Dyrekcji, a nie chciano się zgodzić na rozmowy w szerszym gronie. Nie było bezpośrednich rozmów z dyrekcją tylko wymiana pisemna. Przed bramą ludzie spotykali się z rodzinami, a 24 zaczęła się pacyfikacja. Wtedy zablokowano dojazdy do kopalni. To był strajk okupacyjny ale z wyżywieniem czy papierosami tylko w pierwszym dniu był problem ale potem już nie. Ludzie którzy nie strajkowali a widzieli, że strajk trwa – podchodzili pod kopalnię i zostawiali kanapki czy coś innego. Jedzenia było pod dostatkiem. Rozdawano je też na stołówce.

Na początku 19 to było trudno zliczyć ilu nas było, z tysiąc ludzi, nawet trudno powiedzieć ile, a potem z dnia na dzień ludzi ubywało. Najgorsze było to "glebienie" psychiczne. Komunikaty nadawane przez megafony, że pozwalniają. Był taki facet co się Mądry nazywał i on to nadawał: że, rodziny czekają i takie tam inne, poza tym kamerował. Dostał polecenie z dyrekcji, były 2 kamery kopalniane i on obsługiwał ten sprzęt. Niewiele mieliśmy łączności ze światem zewnętrznym. Był na pewno Bogdan Lis z Gdańska, którego potem z „Boryni” przerzuciliśmy do MKS-u na „Zofiówkę”, był na cechowni, przemawiał do ludzi, pamiętali go jeszcze z 80 roku. Nie mieliśmy za dużo informacji z zewnątrz. Łączności jako takiej nie mieliśmy, ale byli ludzi którzy kursowali, był Stasiu Kot – on chyba najwięcej. Kursował po kopalniach, przywoził prasę strajkową i inne informacje z „górki”. On chyba nie był członkiem Komitetu Strajkowego tylko takim łącznikiem. Przez niego utrzymywaliśmy wieści z zewnątrz, co się tam dzieje. I życie strajkowe jakoś się toczyło, rano zawsze wysyłaliśmy ludzi na zabezpieczenie kopalni na dół. Robiło się listę i byli puszczani za przepustkami. Zawsze część ludzi się zwoziło bo wiadomo, że zakład jest specyficzny i pompy czy inne rzeczy muszą chodzić. Organizowaliśmy masówki, przekazywało się ludziom informacje i czas leciał. Nawet w piłkę graliśmy dla zabicia czasu. Dochodziły nas informacje o strajkach na innych kopalniach, na Morcinku, Marcelu, Andaluzji. Kilka, kilkanaście osób, jeśli mnie pamięć nie myli przedostało się dołem z kopalni „Żory” do nas. Myśmy mieli połączenie dołem. Bodajże 5-6 osób. W czasie strajku nic szczególnego się nie wydarzyło, czekaliśmy, bo to wiadomo, najważniejszy postulat to ponowna legalizacja Solidarności, na co Dyrekcja nie miała wpływu. A Sztab był na „Zofiówce”. Były też różne prowokacje. Z tego strajku 80 roku dotarła do mnie kaseta z filmem. Stało się to tak, że w moich aktach już po strajku znalazła się informacja, że mnie zatrzymano gdzieś przy „górce” i znaleziono przy mnie kasetę ze strajku i transparent, ten co mieliśmy tutaj na bramie - „Gorbaczow jest z nami”, no bo wiadomo, że wtedy była „pierestrojka”. Potem jak mi umorzono te wszystkie postępowania, gdzieś czasowo w okolicach „okrągłego stołu”, to w sądzie oddano mi kasetę i ten transparent jako dowody rzeczowe z depozytu. Kaseta była tak nagrana, że nie można było z niej przegrywać. I tak potem pożyczałem tą kasetę ludziom, którzy byli na strajku, po kolei, aż ktoś tą kasetę pożyczył albo stracił. No i nie mam tej kasety. Szkoda bo byłby to teraz niezwykły dokument.

W czasie tego strajku było tak, że kamera bez przerwy nagrywała, cały czas szły komunikaty z głośników, straszyli, powoływano nawet do wojska. Między innymi był tam taki Andrzej Ostrowski, który był naszym takim jakby rzecznikiem, pisał różne rzeczy i zaraz po strajku poszedł do wojska. Po strajkach jeszcze chodziłem do Myrczka bo wiedziałem, że on może załatwić odroczenie jako dyrektor ale za udział w strajku Andrzej poszedł do wojska. Dopiero później jeszcze przez mecenasa Piotrowskiego późniejszego vice ministra sprawiedliwości załatwiłem mu wcześniejsze zwolnienie. Wracając do 24 kiedy to zaczęła się pacyfikacja, wiedziałem już wcześniej, że będzie pacyfikacja bo ani rodzin już nie puszczali, zablokowali dojazd od ze wszystkich stron: od Świerklan, Gogołowej czy Szerokiej. Blokady dróg były już wcześniej. Z żoną byłem umówiony i jeszcze spotkałem się z nią przy torach przy Szerokiej, wydałem jej pewne polecenia co ma robić jak mnie zamkną. Wszystkie materiały z domu kazałem jej wynieść i powiedziałem dokąd żeby nie wpadły im w ręce. Miałem też informacje z zewnątrz, że będzie pacyfikacja więc się spodziewałem. No i potem już najechali „sukami”, zomowców było chyba z tysiąc, tysiąc pięćset mnóstwo w każdym razie. Nie tylko „suki” tak samo armatki wodne, pałki, tarcze. No i nawoływali żebyśmy się rozeszli, filmowali oczywiście. Było to koło godziny 16.00. Ludzie czuli już, że będzie pacyfikacja i wielu nie wytrzymało no i pouciekało przez płoty, przez tyły. Nas została grupa z 50-100 osób, a na strajku w ostatni dzień 24, było na początku 300-400 osób. No i od strony głównej bramy pierwsi wszedł aktyw pracowniczy i ormowcy no i SB po cywilnemu, bo nie byli to pracownicy kopalni - ale ich wszystkich to żeśmy trochę pogonili bo jeszcze mieliśmy siły i wycofali się. No ale wtedy wkroczyło od głównych wejść ZOMO z tarczami, no i cofnęliśmy się pod Św. Barbarę i zaczęliśmy śpiewać Hymn Polski. Załapaliśmy się za ręce tworząc taki łańcuch rąk, ale wynosili nas, po 3-4 łapało, pałowało i wyprowadzało za bramę. Dyrektor Myrczek latał i krzyczał: "Przewodniczący – nie bić nie bić" - tak że ja nie dostałem pałką dzięki niemu. Wyrzucili nas wszystkich za bramę. Były podstawione autobusy, jeszcze było takie życzenie moje żeby każdy mógł się wykąpać i przystali na to. Każdy mógł iść do łaźni i się wykąpać, ale zomowcy już pilnowali, stali przy każdym kąpiącym się i wyprowadzali prosto do autobusu. Autobusy odjeżdżały w różnych kierunkach: Żory, Racibórz, Jastrzębie również mnie na Szeroką podwieźli pod blok. Pacyfikacja skończyła się koło 18.00. Na drugi dzień ja pojechałem na „górkę” bo wiedziałem, że tam jest baza, tam się wszyscy zbierali i zaczęło się już normalne organizowanie związku. W czasie całego strajku była z tego, co pamiętam tylko jedna msza, którą odprawiał bodajże ksiądz Antoni Łatko.

Spisał Andrzej Kamiński

Widok
Osobiste

Patronat

 

 

 

 

Mecenas
Encyklopedii
Solidarności

 

Sponsorzy