L00078 Wojciech Bącler

Encyklopedia Solidarności

Relacja Wojciecha Bąclera

W mojej rodzinie wyznawano wartości patriotyczne i wolnościowe. Mój dziadek był w Legionach, a jego brat zginął w obronie Lwowa i jest pochowany na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Drugi z moich dziadków też był legionistą i w czasie okupacji działał w podziemnym ruchu ludowym. Z kolei stryj był w podziemiu antykomunistycznym, musiał ukrywać sie do 1956 roku. Związana z tym była smutna historia, gdyż babcia myślała, że zginął tragiczną śmiercią, a on po latach wrócił dosłownie jak spod ziemi. Brat matki Andrzej Baranowski, członek AK, w latach 1941-1942 wraz z całym oddziałem został zamordowany przez Niemców w lesie koło Odrzywołu. Do tej pory nie odnaleziono ich zbiorowej mogiły. Ich pamięć czci symboliczny pomnik w Odrzywole.

Rodzice poznali się w Warszawie. Mama Eugenia pracowała u Bliklego, natomiast mój ojciec Bolesław studiował na Wyższej Szkole Handlowej w Warszawie. Tutaj zastała ich wojna. Tak jak wszyscy mieszkańcy Warszawy uciekali przed bombardowaniami na wschód. Daleko jednak nie zajechali, bowiem musieli zawrócić z drogi i uciekać przed Rosjanami. Wrócili do zbombardowanej Warszawy i zaskoczeni zobaczyli że dom, w którym mieszkali przy ul. Jasnej stał cały. Mama utrzymywała rodzinę sprzedając otrzymane w posagu złoto. W tym czasie zmarł mój kilkumiesięczny brat, Andrzej. Po wojnie rodzice zdecydowali się na wyjazd z Warszawy, gdyż nie wierzyli w odbudowę całkowicie zniszczonej stolicy.

Przyjechali do Chorzowa, tutaj ojciec dostał mieszkanie i pracę w Urzędzie Miejskim jako kierownik wydziału finansowego, a po jakimś czasie został przeniesiony do Wojewódzkiego Inspektoratu Kontrolno-Rewizyjnego w Katowicach na stanowisko starszego inspektora wojewódzkiego. Mama nie pracowała, opiekowała się dziećmi. Słuchaliśmy w domu Wolnej Europy. Jako chłopak byłem bardzo zainteresowany tymi audycjami, bo jako zakazane były dla mnie bardzo intrygujące. Mama bardzo często opowiadała o wojnie, razem ze starszym o 2 lata bratem Zdzisławem słuchaliśmy z wielkim zaciekawieniem historii, którą przekazywała mama (brat w wieku 28 lat zmarł na serce).

Urodziłem się w Odrzywole bo mama była w tym czasie na wakacjach u rodziny. W Szkole Podstawowej nr 20 w Chorzowie byłem w harcerstwie. Mieliśmy zielone chusty z dwoma złotymi paskami, bardzo mi się podobały. Po zmianie chust na czerwone wystąpiłem z harcerstwa. Duży wpływ na moją decyzję mieli rodzice. Było to w czasie zmiany nazwy Katowice na Stalinogród. Od tej pory wychowawczyni zaczęła w szczególny sposób zwracać na mnie uwagę np. biła mnie po rękach, czasami nawet do krwi. Któregoś dnia zbuntowałem się i publicznie w klasie ubliżyłem nauczycielce. Zostałem zawieszony, lecz po wizycie rodziców decyzją dyrektora warunkowo przyjęto mnie z powrotem do szkoły. Do tego incydentu byłem jednym z najlepszych uczniów i aktywnie uczestniczyłem w życiu szkolnym. Mój stosunek do szkoły zmienił się wtedy o 180 stopni. Przestałem się uczyć, a przez nauczycieli i wychowawczynię byłem szykanowany.

W liceum przeżyłem kilka wstrząsów. W marcu 1968 pojechałem do Katowic na manifestację studencką zorganizowaną w związku ze zdjęciem Dziadów w reżyserii Kazimierza Dejmka ze sceny Teatru Narodowego. W Katowicach na ulicach Warszawskiej, 3-Maja i Rynku byłem świadkiem, jak ZOMO rozpędzało ludzi przy użyciu armatek wodnych, jak małe grupy zomowców goniły pojedyncze osoby. Przy Komendzie Dzielnicowej MO koło Rynku zebrał się duży tłum, milicja zabarykadowała się w budynku. Ludzie stali się agresywni, gdy milicyjna nyska jechała w ich kierunku. Tłum przewrócił ją, widziałem jak pobito milicjanta. Po tym zajściu uciekaliśmy przez Rynek w kierunku Warszawskiej i razem z dużą grupą ludzi „wpadliśmy” do delikatesów. Za nami zomowcy z psami próbowali wyważyć bezskutecznie drzwi. Były też bardziej drastyczne sceny, ale tych nie będę opisywał.

W LO zawiązaliśmy koło SEZAM o charakterze rozrywkowym. W grupie tej byli: Jerzy Rusin – ukończył prawo, pracował w UM Świętochłowice, Piotr Jendroszczyk – późniejszy dziennikarz i korespondent zagraniczny w Berlinie, Leszek Bojarski – lekarz, śp. Głuch Wiktoria – później żona L. Bojarskiego. Często u J. Rusina urządzaliśmy zawody rzucając lotkami w Stalina i Mao Tse-Tunga, których zdjęcia były przyklejone na wewnętrznej stronie drzwi od szafy. Przyjaźniliśmy sie też z Elą Różycką, która w związku z szykanami marcowymi została wyrzucona ze szkoły i wraz z rodzicami zmuszona przez władze komunistyczne do emigracji z Polski. Dowiedzieliśmy się, że była Żydówką i nazywała się Ela Rozenblum. Był to dla nas ogromny wstrząs, uczucie wielkiej pustki i krzywdy wyrządzonej nie tylko jej, ale także nam. Mieszkając już w USA starałem się ją odnaleźć i udało mi się. Pomogła mi w tym Barbara Leaffer z San Francisco, działaczka organizacji skupiającej ofiary przymusowych wysiedleń rodzin pochodzenia żydowskiego w latach 1968-1970. Ela mieszka w Holandii, jestem z nią w stałym kontakcie.

W szkole nie lubiliśmy j. Rosyjskiego, a więc również nie lubiliśmy nauczycielki tego przedmiotu i ostentacyjnie okazywaliśmy wielką niechęć. Mało poważnie traktowaliśmy też przysposobienie obronne, którego nauczycielem był długoletni współpracownik SB. Gdy rzuciła mnie Ewa P., zrezygnowałem ze szkoły. Ukończyłem ją dopiero później w szkole dla pracujących.

Zaczyna się kolejny etap w moim życiu. Chciałem uniezależnić się od rodziców, szukałem więc pracy m.in. w Konstalu, a później w MHD Artykułami Przemysłowymi w Chorzowie. Byłem tam zatrudniony w Dziale Transportu. W 1969 roku przyjęto mnie do Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach do samodzielnego referatu ds. obronnych z dopuszczeniem (po otrzymaniu pisemnej zgody) do spraw tajnych, ściśle tajnych i mobilizacyjno-wojskowych. Referat był 2-osobowy tzn. ja i mój kierownik Szejanowski, były żołnierz który przeszedł szlak od Lenino do Berlina. Kim właściwie był - do tej pory nie wiem. W czasach stalinowskich straszono nas konfliktem jądrowym, na obrzeżach miast, polach i innych różnych miejscach budowano więc schrony przeciwatomowe. Miałem pracę w terenie, która polegała na tym, że jeździłem ze specjalnym zeszytem i kontrolowałem stan techniczny tych schronów. Sporządzałem sprawozdanie z kontroli, w którym opiniowałem schron pod względem konieczności przeprowadzenia jego remontu lub nie. Następnie przekazywałem sprawozdanie kierownikowi, a on kwalifikował go do odpowiednich akt. Była to praca śmieszna i niepoważna. Któregoś dnia podczas „spięcia” z kierownikiem powiedziałem mu, co myślę o tym referacie, o nim i tej pracy. Oczywiście o całym zajściu poinformował dyrektora, jego zastępcę i stwierdził, że chyba jestem narkomanem. W konsekwencji zostałem karnie przeniesiony do Wydziału Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej co przyjąłem z wielką radością i pozostałem tam do odwołania ze stanowiska 31.12.1981 (z zachowaniem 3-miesięcznego okresu wypowiedzenia).

W sierpniu 1980 roku z radia Wolna Europa dowiedzieliśmy się, że w Gdańsku coś się dzieje i że władza ukrywała fakty. Usłyszeliśmy o tworzeniu nowych związkach zawodowych. We wrześniu wspólnie z żoną Heleną Bącler zdecydowaliśmy, że spróbujemy powołać ZZ Solidarność w Urzędzie Wojewódzkim, sercu „diabła”. Naprzeciwko była siedziba KW PZPR z jej I sekretarzem tow. Zdzisławem Grudniem. Małżonka również była zatrudniona w UW, początkowo w Wydziale Zdrowia i Opieki Społecznej, a następnie w Wydziale Kontroli i Instruktażu. Zastanawialiśmy się, czy ludzie z UW „wypożyczani” często do kilkudniowych prac przez KW PZPR będą mieli odwagę utworzyć niezależny związek zawodowy. To była dla nas wielka niewiadoma... Wspólnie z żoną chodziliśmy po wszystkich wydziałach i wpisywaliśmy na listę chętnych do wstąpienia do związku. Deklarowali się przede wszystkim młodzi pracownicy. Zebraliśmy ok. 180 podpisów z liczby ok. 1200 pracowników. Było to dla nas dużym zaskoczeniem, bo nie spodziewaliśmy się takiego odzewu na naszą inicjatywę. Chęć wstąpienia do związku zadeklarowali pracownicy z wydziałów: Gospodarki Terenowej, również zastępca dyrektora tego wydziału p. Olszowy, Wydział Kontroli i Instruktażu, Zdrowia i Opieki Społecznej, Komunikacji, Organizacyjno-Prawnego, Urbanistyki i Architektury, Kultury – tylko 1 osoba. Z Wydziału ds. Wyznań – nikt. Trudno się temu dziwić, bo przecież współpracował on z SB w walce z kościołem w Polsce. Bardzo często dyrektor wydziału zapraszał biskupa Herberta Bednorza na spotkanie z wojewodą. Umawiał ich, a Biskup nie przychodził. Były i takie sytuacje, że np. kierowniczka jednego z oddziałów z mojego wydziału wpisała się na listę „S”, a na drugi dzień prosiła o wykreślenie z listy, obawiała się kłopotów. Trudno było jej się dziwić, skoro straciła całą rodzinę na Syberii. Następnego dnia poszliśmy do przewodniczącego reżimowych związków zawodowych, które miały do dyspozycji salę zebrań z informacją o założeniu konkurencyjnych związków zawodowych. Nie krył zaskoczenia, ale zgodził się na użyczenie nam sali na zebranie założycielskie. Na tym zebraniu powołaliśmy Komitet Założycielski NSZZ „S” w składzie: ja – Wojciech Bącler jako przewodniczący, Helena Bącler – odpowiedzialna za „S” w Wydziale Zdrowia, w którym mieliśmy bardzo liczną grupę członków, Stanisław Kasprzycki z Wydz. Kultury, Grzegorz Walkowiak z Wydz. Organizacyjno-Prawnego i Janusz Siwczyński z Wydz. Gospodarki Terenowej. Największą grupę w „S” stanowili pracownicy Wydziału Zdrowia – prawie 40%.

W krótkim czasie po utworzeniu NSZZ „S” dyrektor Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej dr Żychowski został odwołany ze stanowiska. Delegacja KZ udała się do wojewody Henryka Lichosia z informacją o powołaniu nowych związków zawodowych. Nie okazał zadowolenia, raczej się przestraszył. Świadczy o tym fakt, że któregoś dnia zjawiłem się w sekretariacie a on próbował mnie wtedy przekonać, że źle robimy i żebyśmy się nad tym zastanowili. Od tej pory nigdy nie byłem już sam w sekretariacie wojewody, lecz zawsze ktoś mi towarzyszył.

Po wyborach byłem członkiem KZ „S”, przewodniczącym Komisji Zakładowej został wybrany Stanisław Kasprzycki, starszy i stateczny pracownik, członek Komitetu Założycielskiego. Nie kandydowałem na przewodniczącego, byłem mocno zaangażowany w MKZ Katowice i nie widziałem się w roli przewodniczącego i administratora, ponieważ chciałem działać w terenie. Zajmowałem się sprawami statutowymi i organizacyjnymi z upoważnienia KZ. Z upoważnienia MKZ Katowice obsługiwałem zebrania założycielskie w zakładach pracy m.in. Sosnowca i Chorzowa. Dbałem o to, aby zebrania te były prowadzone zgodnie ze statutem i wyjaśniałem wszelkie wątpliwości. Z każdego spotkania sporządzałem sprawozdanie i przekazywałem je do MKZ. Byłem w przedsiębiorstwach budowlanych, urzędach m.in. w UM w Chorzowie. Nawiązaliśmy kontakt prawie ze wszystkimi urzędami w Polsce. NSZZ „S” w UW we Wrocławiu była bardzo dobrze zorganizowana, to właśnie oni na wiosnę 1981 roku zorganizowali w PAFAWAG-u zebranie, na które zaprosili przedstawicieli wszystkich urzędów różnego szczebla w Polsce. Na sali obrad było ok. 60-70 osób. Powołaliśmy wtedy strukturę poziomą NSZZ „S” Pracowników Administracji Państwowej i wybraliśmy zarząd. Powstał odpowiedni dokument podpisany przez członków założycieli. Dokumenty należało zawieźć do Gdańska i zarejestrować w Komisji Krajowej. Pojechałem razem z kilkoma przedstawicielami innych urzędów państwowych. Tam dokumenty przekazaliśmy Andrzejowi Gwieździe. Podczas bezpośredniej rozmowy Gwiazda powiedział nam, że Krajówka „S” dostała przeciek od pani wicemarszałek Sejmu, że władza prawdopodobnie mobilizuje się do wprowadzenia stanu wojennego. Apelował do nas, aby przed każdą większą akcją brać pod uwagę fakt, że władza chce zdelegalizować „S” i wprowadzić stan wojenny. Nie wiem, z jakich pobudek działała wicemarszałek - czy sama od siebie, czy też może z polecenia PZPR.

13 czerwca 1981 roku reprezentowałem Zarząd MKZ w Jury IX Ogólnopolskiego Biennale Plakatu Polskiego w Katowicach. W konkursie zaprezentowano bardzo dużo plakatów o tematyce niepodległościowej, patriotycznej. Prace konkursowe opisywały aktualną sytuację w kraju, najczęściej miały w tle znak „S”. Także w czerwcu byłem z ramienia MKZ członkiem Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Korfantego w Katowicach. Komitet zawiązał się, lecz niestety nie mógł zrealizować swojego zadania, gdyż późniejsza sytuacja w kraju i regionie przerwała te działania.

W UW po powołaniu NSZZ „S” próbowano nas skłócić między sobą i z pracownikami. Otrzymywaliśmy wiele anonimów (np. że kierowniczka stołówki zdefraudowała pieniądze). Podjęto akcję rozbicia związku przez skompromitowanie mnie i przewodniczącego KZ Kasprzyckiego. W windzie wieszano moje karykatury z podpisami „zaprzaniec i sprzedawczyk”. Ludzie zdzierali te plakaty i po ok. miesiącu zaprzestano takich akcji. Dostaliśmy w końcu gablotę, która została zawieszona w widocznym miejscu przy windzie, naprzeciwko wejścia do UW. Były w niej materiały dot. spraw wewnętrznych Urzędu, także o tym, co dzieje się w kraju i województwie katowickim np. relacja z „wydarzeń bydgoskich”. KZ inicjowała akcje protestacyjno-ostrzegawcze w tym samym czasie, gdy protestowały zakłady pracy w regionie. Nie były to protesty kilkugodzinne jak w zakładach pracy, lecz po prostu członkowie NSZZ „S” w tym dniu nie przychodzili do pracy. Zawiadamialiśmy kierownictwo UW, że w związku z takimi a takimi wydarzeniami jest protest i członkowie związku „S” będą nieobecni w pracy. Władze UW nie wyciągały w stosunku do protestujących pracowników żadnych konsekwencji, nie zwolniono nikogo z pracy, wszystkie nieobecności były usprawiedliwione i płatne. Sądzę, że władze Urzędu bały się, aby informacja o tych wydarzeniach nie dotarła do centrali w Warszawie. Do 13 grudnia 1981 roku w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach było ok. 280 członków NSZZ „S”.

O wprowadzeniu stanu wojennego dowiedziałem się z TV rano 13 grudnia 1981. Następnego dnia poszedłem do pracy. W gmachu UW mój kolega z Wydziału Urbanistyki i Architektury (nie pamiętam nazwiska) stał na schodach w mundurze koloru khaki, wyprostowany, z karabinem w ręku. Ludzie byli zszokowani, a ja zacząłem się głośno z niego śmiać. Nawet nie mrugnął okiem. Po podpisaniu listy obecności za pół godziny zostałem wezwany do dyrektora Wydziału Gospodarki Terenowej Huberta Błaszczyka, który oświadczył mi, żebym opuścił Urząd, bo już tutaj nie będę pracował. Wydał polecenie wicedyrektorowi Wydziału Mierzwie, aby ten wyprowadził mnie poza gmach Urzędu. Mierzwa powiedział „przepraszam” i zgodził się, abym pożegnał współpracowników. Następnie w asyście służb wojskowych zostałem wyprowadzony z budynku. Wypowiedzenie pracy z okresem 3-miesięcznym otrzymałem pocztą. Po 3 miesiącach zacząłem poszukiwać jakiegoś zatrudnienia. Przez rok bezskutecznie.

W marcu 1983 przypadkowo spotkałem nieżyjącego już mojego przyjaciela, byłego dyrektora mojego Wydziału w UW, a ówczesnego dyrektora WPKiW w Chorzowie Mieczysława Hojkę. On jeden miał odwagę zatrudnić mnie w podległym mu Śląskim Ogrodzie Zoologicznym na stanowisku kierownika Działu Administracji Gospodarczej.

Po nawiązaniu kontaktu z Danutą Skorenko od stycznia 1982 roku podjąłem działalność w nielegalnej strukturze MKK NSZZ „S” Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, której była współorganizatorką. Opiekowałem się zakładami w Sosnowcu m.in. KWK Klimontów. Zajmowałem się drukiem ulotek i biuletynów MKK „Ku Wolnej Polsce” i „Powrót do Życia”. Drukowaliśmy razem z Andrzejem Chojnackim i moją żoną Heleną w biurze projektów Nowatech w Katowicach przy ul. Dębowej. Biuro to dzierżawiło pomieszczenia od szkoły, a oni oboje tam pracowali. Zostawaliśmy po pracy i na powielaczu kopiowaliśmy ulotki i gazety. Każdy z nas starał się o papier. W naszym mieszkaniu przy ul. Krzyżowej 8/6 w Katowicach dwa razy w miesiącu odbywały się tajne zebrania Zarządu MKK, w których uczestniczyła Danuta Skorenko. Helena była gospodynią tych spotkań. Opracowywaliśmy na nich plan działania, poszczególni członkowie otrzymywali zadania. Omawialiśmy rekrutację nowych, omawiano druk, zaopatrzenie w materiały poligraficzne, kolportaż gazet i ulotek w zakładach pracy, rozrzucanie ulotek na terenie Katowic i innych miast. Spotkania z D. Skorenko były bardzo radosne. Jej zdecydowanie i optymizm, wiara w ostateczne zwycięstwo podtrzymywały wszystkich na duchu. Była doskonałą organizatorką. Gdy wyjeżdżaliśmy na dłużej, Danusia korzystała z naszego mieszkania. Kilka razy przyszła na zebranie z Romanem Kałużą, po raz pierwszy w czerwcu lub lipcu 1982. Przedstawiła go jako działacza podziemnej „S”, autora i wydawcę pisma „Transportowiec”, odpowiedzialnego za działalność w przedsiębiorstwach komunikacji w województwie katowickim: PKP, WPK, zakładów transportu budowlanego, tramwajów i autobusów – był koordynatorem tych przedsiębiorstw. Na zebraniach był bardzo aktywny – opowiadał, czego dokonał, ilu członków pozyskał do „S”. Był dobry w poszukiwaniu kontaktów i wiem, że uczestniczył także w innych zebraniach. Nikt w stosunku do niego nie miał żadnych podejrzeń, gdyż miał rekomendację D. Skorenko. Ona sama była całkowicie nieświadoma tego, kim był i jaką rolę faktycznie spełniał Roman Kałuża TW ps. Romeo. Od chwili pojawienia się TW Romeo cały Zarząd MKK był rozpracowywany i inwigilowany przez katowicką SB.

9 grudnia 1983 zatrzymano mnie w pracy w Śląskim ZOO, podczas przeszukania biurka znaleziono kilka egzemplarzy gazetek. Po rewizji zostałem przewieziony do domu, przy czym ostrzeżono mnie, że panowie funkcjonariusze SB w cywilnych ubraniach mają broń i nie radzą uciekać. Tutaj w obecności żony i dzieci dokonano brutalnej rewizji mieszkania, przewracając wszystko do góry nogami. Znaleźli kilka książek i gazetek, nie miałem w domu żadnych dokumentów MKK – były ukryte u teściowej na strychu. Nie znaleźli również Sztandaru NSZZ „S”, który był schowany w szufladzie między bielizną pościelową. Sztandar ten mam do tej pory w USA, jest on dla mnie bezcenną pamiątką. Dla żony, a szczególnie dzieci było to okropne przeżycie. Funkcjonariusze SB zachowywali się w stosunku do nas bardzo wulgarnie i agresywnie. Po dokonaniu rewizji z zarekwirowanymi „materiałami dowodowymi” zostałem przewieziony do KW MO w Katowicach i umieszczony w celi z dwoma wysokimi i potężnie zbudowanymi drabami o wyglądzie zwyrodniałych recydywistów. W celi tej był już Grzegorz Walkowiak, którego w następnym dniu zwolniono. Rozpoczęły się przesłuchania. Na początku przedstawiono mi materiały dowodowe – zeznania TW Romeo i innych aresztowanych osób. Wynikało z nich, że SB wiedziało w najdrobniejszych szczegółach o działalności mojej i całego MKZ. Przesłuchanie przebiegało w ten sposób, że najpierw wchodził bardzo życzliwy i łagodny funkcjonariusz. Przedstawił się jako Flak i obiecywał, że po podpisaniu zeznań zwolni mnie do domu. Potem wychodził i wpadał drugi, bardzo barczysty. Ten bił mnie pięściami po plecach, głowie i krzyczał, że pojedziemy na białe niedźwiedzie, żona będzie aresztowana, a dzieci do domu dziecka. Pamiętam też takie rzeczy jak kopanie krzesła, na którym siedziałem, które wywracało się wraz ze mną na podłogę i ciągłe wulgarne obelgi. Po kilkunastu godzinach takich przesłuchań z decyzją o aresztowaniu przewieziono mnie do celi AŚ przy Sądzie Wojewódzkim w Katowicach. Osadzono mnie w celi czteroosobowej. Czasami przebywało w niej więcej osób, wtedy materace były rozkładane w przejściu między piętrowymi łóżkami. Miałem miejsce na górnym łóżku. Natychmiast zauważyłem materac z ogromną plamą świeżej krwi, tylko częściowo wsiąkniętej. Tutaj zastałem Kazimierza Świtonia i dwóch więźniów kryminalnych, którzy jak się później okazało byli informatorami SB. Utrudniali nam życie w celi, codziennie prowokowali konflikty połączone z rękoczynami. Po jakimś czasie dokooptowano do naszej celi Michała Lutego. Tak spędziłem w areszcie czas bez rozprawy sądowej do amnestii w lipcu 1984 roku.

Byliśmy w gorszej sytuacji, niż ludzie z wyrokami sądowymi w ZK i internowani w O.O. Aresztanci byli przez cały czas zamknięci w celach. Jedynym przywilejem był codzienny spacer na dziedzińcu aresztu w kształcie prostokąta o wymiarach 15x7 m odgrodzonym wysokim murem betonowym. Chodziliśmy gęsiego w kółko przez 15-20 minut dziennie. Resztę czasu spędzaliśmy w dusznych celach. Przez pierwsze sześć miesięcy miałem zakaz otrzymywania korespondencji od rodziny. W czasie przesłuchań funkcjonariusze SB wykorzystywali mój brak wiedzy o rodzinie, szantażowali mnie więc twierdząc, że żona została aresztowana, a dzieci oddano do domu dziecka. Nękano mnie częstymi kontrolami celi, podczas których zabierano mnie do umywalni. Strażnicy dokonywali wtedy rewizji osobistej drwiąc ze mnie i upadlając mnie w okropny sposób. Kontrole były częste, a spowodowane były rzekomymi donosami współwięźniów kryminalnych o posiadanych przeze mnie grypsach i używkach. Konsekwencją tych wszystkich działań była kilkukrotna utrata przeze mnie przytomności. Wtedy także nie udzielono mi właściwej pomocy lekarskiej ani nie dano leków.

Po sześciu miesiącach mogłem otrzymywać ocenzurowaną korespondencję od żony i dzieci. Dowiedziałem się wtedy, że Helena została zwolniona z pracy, gdyż jak oświadczył dyrektor – żona człowieka, który został aresztowany za konspiracyjne działanie przeciwko władzy ludowej nie może być dalej zatrudniona w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach. Szykany nie ominęły także mojego syna, ucznia SP nr 18 w Katowicach, kiedy to nauczycielka historii poinformowała wszystkie dzieci, że ojciec Mateusza siedzi w więzieniu jako przestępca. Na zażalenie żony złożone w Kuratorium Oświaty i Wychowania otrzymała informację, że zarzuty pod adresem nauczycielki są dla niej bardzo krzywdzące, ponieważ jest osobą o dużym stażu, jest wymagająca i wychowuje swoich uczniów w duchu patriotycznym i zgodnie z założeniami ustroju socjalistycznego.

Przedostatni raz byłem przesłuchiwany w AŚ na krótko przed lipcową amnestią. W pokoju przesłuchań zastałem czterech funkcjonariuszy. Złożyli mi upokarzającą propozycję współpracy z organami tajnej milicji. Stanowczo odmówiłem i zażądałem odprowadzenia mnie do celi. Po 15 minutach jeden z nich zaczął wrzeszczeć, ze w tym kraju moja rodzina jest przegrana, że ja i moja żona możemy pożegnać się z jakąkolwiek karierą zawodową i że to samo dotyczy naszych dzieci. Zapowiedzieli, że zrobią wszystko aby zmusić mnie do opuszczenia PRL. Ostatni raz byłem przesłuchiwany w celi na ostatnim piętrze aresztu przez wyjątkowo brutalnego funkcjonariusza. Był sadystą, wysoki, tęgi, o grubych rysach twarzy i kręconych włosach. Pytanie ograniczyło się do tego, czy mam coś do powiedzenia w sprawie i do złożenia ponownej propozycji współpracy. Po mojej stanowczej odmowie uderzył mnie pięścią w twarz i ryknął, że g... osiągnę w życiu, że ja i moja rodzina spędzimy resztę życia w szambie.

24 lipca 1984 roku opuściłem areszt. Po pobraniu rzeczy z magazynu co pół godziny wypuszczano jednego więźnia politycznego. Umówiłem się na pl. Wolności z Kaziem Strąkiem. Spotkaliśmy się po upływie 30 minut. Rozmawialiśmy wtedy o Kałuży. Zaraz potem wyjechałem w okolice Wisły na spotkanie zgrupowania Ruchu Światło-Życie. Była tam już żona z synem i córką. Pozostaliśmy tam przez 10 dni. Z pracy w ZOO zostałem zwolniony po 3 miesiącach nieobecności (byłem w areszcie). Byłem więc bez pracy. Dopiero w październiku znalazłem zatrudnienie w jakimś przedsiębiorstwie zaopatrzeniowym z bardzo niską płacą. Nie wystarczało pieniędzy na życie, więc zmuszeni byliśmy korzystać z pomocy kościoła. Doceniamy pomoc więzionym i prześladowanym, mimo wszystko czuliśmy się bardzo poniżeni korzystając z tej pomocy.

I wtedy zdecydowaliśmy się na emigrację. Bardzo usatysfakcjonowało mnie pismo Wojewody Wojciecha Czecha, który 7 listopada 1990 roku w piśmie adresowanym do mnie wyraził ubolewanie za fakt zwolnienia mnie z pracy w Urzędzie Wojewódzkim w związku z moją działalnością w Solidarności.

W okresie mojej działalności w NSZZ „S” poznałem wspaniałych ludzi. Często myślę o śp. Danusi Skorenko, Kaziu Strąku, śp. Andrzeju Chojnackim i innych z MKK. Bardzo cenię to, co zrobili Kaziu Świtoń, Andrzej Rozpłochowski, Jacek Jagiełka. Praca ich nie poszła na marne i chociaż ich losy różnie się potoczyły, bardzo ich za to szanuję. Nie byłem wielkim graczem, ale byłem jedną z cegiełek w wielkim murze, o który KOMUNA rozbiła sobie łeb.

Seaside, USA, 14-15 V 2010

Spisała Halina Żwirska
Widok
Osobiste

Patronat

 

 

 

 

Mecenas
Encyklopedii
Solidarności

 

Sponsorzy